 |
 |
|
|
|
 |
| |
Wyprawie Izy, Jarka i Leszka patronował nasz Magazyn. Wiedzieliśmy, że zrobią wszystko, co w ich mocy by stanąć na szczycie.
Teraz zamieszczamy relację z ich wyprawy.
|
|
Tę podróż zaczęliśmy 1 listopada. Jej celem było jedno z najbardziej nieprzyjaznych i niegościnnych miejsc na świecie. Teraz już wiem dobrze, dlaczego mówią o nim niegościnne, ale właśnie dopiero teraz wiem też, że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc na naszej Ziemi - miejsce, które naprawdę warto zobaczyć.
Po 3 dobach nieprzerwanej podróży, najpierw samolotem, dalej autobusem z licznymi przesiadkami znaleźliśmy się wreszcie w San Pedro de Atacama. Była północ. Noc piekielnie zimna, a my bardzo zmęczeni i niewyspani. Nocleg znaleźliśmy jednak nad podziw łatwo, tym bardziej, że nie mieliśmy wielkich wymagań. Byle łóżko i woda.
Ranek nadszedł dużo wcześniej niż chcieliśmy. O 9 rano wyszłam po śniadaniowe zakupy. San Pedro było ciche i puste, jakby nieco jeszcze senne. Niebo zaś czyste i błękitne, ani jednej chmurki. Zupełnie jak na pocztówkach. Mijałam domy zbudowane z suszonej w słońcu cegły, kilka zamkniętych sklepów, które u nas nazywałyby się spożywczymi. Wszędzie pełno było kurzu i pyłu. Mijałam sennych ludzi, którzy mówili z uśmiechem "Buenos Dias" i śpiące przed domami psy. Więc to jest San Pedro de Atacama - pomyślałam - miasto oaza, które leży w cieniu wulkanu Licancabur. Trudno mi było uwierzyć, że 2,5 tysięczna osada, w której jest jeszcze dwa razy tyle turystów, może być tak cicha i pusta.
San Pedro stało się naszym domem, do którego wracaliśmy każdego wieczoru z takich miejsc jak Valle de la Luna, Valle de la Muerte, Laguna Chaxa, Miscanti, Miniques czy El Tatio.
Laguna Chaxa
Pierwsze miejsce, które odwiedzamy to znajdująca się w środku ogromnego salaru Laguna Chaxa. Miliony lat temu był tu Ocean Spokojny, ale po wypiętrzeniu się łańcucha gór Domeyki część słonych wód została zamknięta w niecce pomiędzy tym łańcuchem a Andami. Potem to wielkie jezioro zaczęło parować. Dzisiaj stanowi wielki salar - miejsce, które zamieszkują flamingi. Te piękne, dostojne ptaki to tutaj pospolity widok, jednak dla nas jest niezwykły. Zatrzymuję oddech i czekam aż wzbiją się do lotu. Wreszcie podnoszą się, kilka pierwszych ruchów skrzydeł i widzę je lecące na tle wulkanów: Licancabur, Juriques, Lascar i Cerro Quimal.
Góry te łączy legenda powtarzana przez Atacamenos. Otóż dawno, dawno temu Licancabur i Juriques byli przyjaciółmi. Łączyła ich też miłość do tej samej kobiety - Quimal, która kochała Juriguesa. Ale to Licancabur poprosił ojca - Lascar o jej rękę i ten właśnie jemu ją oddał.
W noc poślubną Licancabur dowiedział się, że Quimal jest w ciąży z Juriquesem. Nie utrzymał tego jednak w tajemnicy i rozgniewany Lascar podmuchem ognia obciął głowę Juriquesowi.
Lascar to do dziś jeden z bardziej aktywnych wulkanów. A ta historia, jak wszystkie miłosne opowieści, ma swoje szczęśliwe zakończenie. Każdego dnia o świcie Juriques rzuca swój cień na Quimal, a Quimal dotyka swym cieniem Juriquesa z każdym zachodem słońca. I tym sposobem kochankowie po dziś dzień są razem.
El Tatio i Cordyliera del Sal
Jest 3 rano. Niechętnie acz z pokorą wstajemy. Nie chcemy spóźnić się na wielkie, wspaniałe widowisko, które zaczyna około 6 rano na wysokości 4300 m n. p. m.
Pole gejzerów to zerodowana przez gorącą wodę powierzchnia. Chłodne wody gruntowe ogrzewane są przez skały, które z kolei ogrzewa lawa wulkaniczna, a powstałe w ten sposób ciśnienie wyrzuca na wysokość kilku metrów obłoki pary i strumienie gorącej wody. Spływająca z kraterów zasolona i pełna minerałów woda tworzy rzekę Rio Salto.
Spektakl jest doprawdy fascynujący i nawet słońce wstaje, aby go zobaczyć. My żegnamy się ze słońcem na zachód od salaru w Cordyliera Del Sal, gdzie znajdują się słynne doliny Valle de la Muerte (dolina śmierci) i Valle de la Luna (dolina księżycowa). Ta pierwsza swą nazwę zawdzięcza banalnej - jak się okazuje - historii. Zasłużony dla San Pedro de Atacama belgijski duchowny, ojciec Gustawo La Paige nazwał ją Marte, ale mieszkańcom słowo to skojarzyło się z bardziej im znanym muerte i... tak powstała ta groźna z pozoru nazwa.
Naszym zdaniem obie doliny są cudowne. Składają się głównie z czerwonobrązowych skał i piasku łudząco przypominając widziane na filmach krajobrazy z Księżyca i Marsa.
Lascar
Lascar to nie tylko postać z legendy, ale całkiem realny "pięciotysięcznik" i najbardziej aktywny w okolicach San Pedro wulkan, z regularną, powtarzaną co 4 lata erupcją. Ostatnia miała miejsce w 2000 roku. Nie było oczekiwanej w 2004 roku, zatem mieszkańcy Atacamay spodziewają się jej prawie każdego dnia. Decydujemy się zdobyć Lascar licząc po cichu, że będzie on dla nas łaskawy, a tak długo przez wszystkich oczekiwany wybuch nie nastąpi właśnie podczas naszej wspinaczki.
Ale znowu pobudka o 4 rano. Nie chce mi się wierzyć, że to miały być wakacje. Ponad dwie godziny jazdy ciężarówką, aż wreszcie jesteśmy u stóp góry. Nie ma tu nikogo prócz nas. Góra nie należy do popularnych. Poza tym jest zimno. Jest wiosna, a pogoda jest akurat na tyle dobra, że możemy wchodzić na szczyt. Jest nieco pochmurno i cieszę się nawet, że tym razem słońce nie będzie nas "parzyć" podczas wspinaczki na szczyt.
Wulkan jest dosyć łatwy technicznie, a trudność głównie sprawiają pola penitentów, piarg oraz unoszące się na zboczach opary z krateru. Po kilku godzinach stanęliśmy na szczycie. Jak dokładnie wysoko nie wiadomo. Różne źródła podają różną wysokość, nasz GPS wskazał 5466 m n.p.m.
Zmęczenie w pełni rekompensuje widok ze szczytu. Olbrzymi i bardzo głęboki krater sprawia wrażenie jakby góra była rozerwana przez kolejne erupcje. A kiedy patrzę w samo centrum krateru odnoszę wrażenie, że opowiadana przez Atacamenos legenda jest najzupełniej prawdziwa. Wydaje się, że gniew Lascara musiał być rzeczywiście wielki. Wydobywający się z krateru dym bardzo drażni gardło i żołądek. Kamienie pokrywa warstwa żółtego siarkowego osadu. Ale ponad tym "piekłem" rozpościera się piękny widok na salar, altiplano oraz ośnieżone szczyty sąsiednich wulkanów. Nasze zejście ze szczytu przyspiesza bardzo silny wiatr. Towarzyszy nam całą drogę powrotną, choć wcale nie jest przez nas mile widziany.
Ojos del Salado
Każdy dzień przybliża nas do góry, która jest jednym z celów obecnej wyprawy. Ojos del Salado zdobyty został po raz pierwszy w 1937 przez Polaków - Wojsznisa i Szczepańskiego. Sezon wspinaczkowy od listopada do marca, start w Copiapo, dalej zgodnie z namiarami GPS. Wydaje się, że wiemy o tej górze wszystko, że wszystko przewidzieliśmy i jesteśmy przygotowani. Wsiadam do ciężarówki z przekonaniem, że za dwa tygodnie wrócimy ciesząc się z sukcesu.
Startujemy z Copiapo. Tu finalizujemy sprawę pozwoleń, wynajmujemy samochód. Wszystko trwa jednak o cały dzień dłużej niż się spodziewaliśmy, bowiem europejskie rozumienie czasu znacząco różni się od chilijskiego. Tak więc agent biura wynajmu samochodów spóźnia się 2 godziny, podobnie jest w zakładzie wulkanizacyjnym, gdzie zmieniamy opony na przystosowane do trudnych górskich warunków. Całe domino operacyjnych spraw związanych z wyjazdem sypie się.
W konsekwencji nie zatrzymujemy się na nocleg w Laguna Santa Rosa na wysokości 3800 m n.p.m. Pakujemy wodę, dodatkowe paliwo, sprzęt, jedzenie i ... w drogę.
Od pierwszych kilometrów Atacama zachwyca, ale też przeraża. Setki kilometrów bezdroży, gdzie przez wiele dni nikogo nie można spotkać, oprócz stad guanaco i flamingów przy słonych jeziorach. Tu człowiek jest zdany wyłącznie na siebie i na to, co ze sobą zabrał.
Droga z Copiapo do Santa Rosa zajmuje nam 4 godziny, choć zgodnie z uzyskanymi informacjami powinna trwać godzinę z okładem. Drobna nieścisłość 300, a nie 180 km, ale zaczynamy mieć coraz większe obawy o paliwo na powrót. Szczęśliwie wyciągnęliśmy z tego wnioski i odtąd z dystansem traktowaliśmy wszelkie wskazówki Chilijczyków.
W Laguna Santa Rosa robimy krótką przerwę na posiłek. Wieje bardzo silny wiatr, ale mamy nadzieję, że dalej będzie lepiej. Niestety, jesteśmy w błędzie. Wiatr staje się tak silny, że mam trudności z otwarciem drzwi, a nawet kiedy mi się to w końcu udaje realną staje się obawa, że przy silnym podmuchu nie utrzymam ich i wiar je po prostu wyrwie. Zakładamy ciepłe polary. Jest tylko odrobinę lepiej i nie mamy ochoty na spacery.
Po 2 godzinach jazdy wyłania się wreszcie zza skały turkusowa tafla laguny. Kolory są tak czyste, że niemal sztuczne. Aż trudno uwierzyć, że jezioro jest tu naprawdę. Trudno też uwierzyć, że jest ono prawie martwe. Ale jest tak zasolone, że tylko niewiele organizmów potrafi tu przetrwać.
Przy Laguna Verde na wysokości 4500 m n.p.m. rozbijamy namiot. Wcześniej jednak zakładamy na siebie kolejne warstwy ciepłego ubrania. Plecaki są już prawie puste, ale dodajemy sobie otuchy, że będziemy mieli mniej do dźwigania.
Rano Leszek nie czuje się najlepiej, więc zostaje w obozie. Wybiera się na spacer w okolice laguny. Jarek i ja postanawiamy się aklimatyzować na Mulas Muertas. Wejściu towarzyszy silny wiatr, do którego ciągle jeszcze nie potrafimy przywyknąć. Wieje na okrągło za wyjątkiem dwu godzin porannych.
Po powrocie czeka nas jeszcze wizyta w miejscowym posterunku karabinierów. Szczerze mówiąc idziemy do nich z nadzieją, że załatwimy dodatkowe paliwo na powrót. Nieopatrznie jednak wspominamy o możliwości zakupu paliwa w Argentynie i chilijski policjant bardzo zdecydowanym i szorstkim tonem ucina temat. Następuje teatralna demonstracja władzy, sprawdzanie pozwoleń i paszportów. Policjant długo porównuje nasze spalone słońcem i ogorzałe od wiatru twarze z fotografiami w dokumentach. W końcu paszporty lądują w ciemnej głębokiej szufladzie. Nie bardzo chce się mi wierzyć, że policja zanotuje datę naszego powrotu i rozpocznie poszukiwania, jeśli nie zgłosimy się po paszporty w deklarowanym terminie.
Kolejnego dnia pakujemy nasz szmaciany dom i wyruszamy do Atacama Refugio, tam gdzie większość wypraw zakłada pierwszy obóz. To duży sprawdzian dla naszego auta. Trudny kamienisty teren. Jest początek sezonu, nie widać dróg, więc nie mogę nawet napisać, że czekała nas jakaś droga. Pierwszą część drogi prowadzi nas GPS, dalej - kiedy wyrastają przed naszym autem penitenty - intuicja. Docieramy na wysokość 5200 m n.p.m. Tu rozbijamy namiot. Jeszcze tego samego dnia wynoszę z Jarkiem wodę. Wiatr wieje jeszcze silniej i nie daje nam odetchnąć nawet o poranku. Tęsknię za błękitną Laguną Verde, ale jeszcze bardziej za tamtymi dwoma bezwietrznymi godzinami o poranku.
2 dni w Atacama Refugio pozwalają nam się uporać z bólami głowy i osłabieniem. Trzeciego dnia ruszamy do Tejos Refugio. Zabieramy wszystko, co będzie nam potrzebne u góry i podczas ataku szczytowego. Nie ma tego wiele, zważywszy że wszystkie ubrania mamy już na sobie. Trochę sprzętu, jedzenie i woda. Dołącza do nas Francuz i dwóch Chilijczyków. Są zmęczeni, a Erick (Francuz) nie czuje się najlepiej. U nas ze zdrowiem też coraz gorzej. Leszek ma problem z palcami, to nie są jeszcze odmrożenia, ale jest ku nim na najlepszej drodze. Jarek właśnie skończył antybiotykową kurację, ale ciągle nie czuje się dobrze. O dziwo, ze mną jest OK. - przynajmniej tak się mi wówczas wydawało. Jest początek sezonu, więc wiemy, że przed nami nie było na szczycie żadnego zespołu, co martwi nas tylko tyle, że sami będziemy musieli wytyczać drogę. Jest w tym, oczywiście, dreszczyk emocji. Mamy szanse być pierwsi. Wiatr jest już wiernym towarzyszem i bardzo utrudnia chodzenie. Wreszcie docieramy do blaszanego kontenera na 5800 m n.p.m. - Tejos Refugio. Chroni on przed wiatrem, co daje nam choć odrobinę wytchnienia.
Na Tejos, mój od początku bagatelizowany ból gardła i ucha dają o sobie znać ze zdwojoną siłą. Z każdą chwilą czuję się coraz gorzej. Ból głowy, trudności w oddychaniu, niemiarowe bicie serca, mdłości. Mam nadzieję, że przejdzie. Ale nie przechodzi. Jestem coraz bardziej osłabiona i kiedy podmuchy lodowatego wiatru przewracają mnie kilka razy, ze łzami w oczach podejmuję decyzję o tym, że na 5800 m n.p.m. kończy się dla mnie przygoda z Ojos del Salado, przynajmniej w roku 2005.
Chłopcy wiedząc, że muszę jak najszybciej zejść na dół, podejmują decyzję, że jeszcze tej nocy zaatakują szczyt. Wstają o 4 rano. Temperatura na zewnątrz to - 27 C, a w kontenerze - 12C. Nie śpię nie tylko dlatego, że jest zimno i mam gorączkę. Tak bardzo chciałam zdobyć tę górę. Jestem strasznie podekscytowana. Czekam.
Leszek wraca po 2 godzinach z wysokości około 6000 m n.p.m., Jarek walczy dalej! Kibicuję mu z całych sił, choć się martwię. Dociera na wysokość 6740 m n.p.m. Był już bardzo blisko szczytu ... góra ma 6893 m n.p.m.
Jemu jest też najtrudniej pogodzić się z faktem, że musiał się poddać. Mnie chce się po prostu płakać. To straszne uczucie być tak blisko celu i musieć się poddać, ale ja ciągle pamiętam mądre słowa, które usłyszałam kiedyś :"Góra zaczeka. Jeśli wycofasz się i przeżyjesz, zawsze możesz tu wrócić".
***
Listopadowe lodowate i ekstremalnie silne wiatry uniemożliwiły zdobycie góry wielu wspinaczom, jak wynika z książki "wejść", która znajduje się w Tejos. Dopiero tam dowiadujemy się, że sezon, który według wielu źródeł trwa od listopada do marca dzieli się jeszcze na dwa sezony. Listopad i grudzień, w których trzeba się liczyć z silnym i lodowatym wiatrem oraz raczej bezwietrzny styczeń i luty, kiedy zdarzyć się może tzw. "bolivian winter"- nagłe intensywne opady śniegu.
Teraz i ja wiem co znaczą słowa "Atacama to jedno z najbardziej niegościnnych miejsc na ziemi". Pamiętam swoje wyprawy na lodowce Pamiru czy Cordyliera Blanca w Peru. Noce były zimne, ale w ciągu dnia t-shirt z krótkim rękawem w zupełności wystarczał, a myśmy mogli ogrzać się w słońcu nawet na wysokościach powyżej 5000 m n.p.m. Gdy otrzymaliśmy pozwolenie na zdobywanie Ojos del Salado, powiedziałam "teraz nic nas nie powstrzyma przed zdobyciem tej góry". Dziś z pokorą przyznaję, że byłam w błędzie.
Iza Sapuła
W wyprawie wzięli udział:
Jarosław Łączka
Z zawodu psycholog, z zamiłowania podróżnik, fotograf. W 2002 zdobywa Elbrus 5642 mnpm i najwyższy na Świecie czynny wulkan Cotopaxi 5897 mnpm. W 2003 roku bierze udział w wyprawie na górę swoich marzeń Alpamayo w Peru 5947 mnpm. Na początku 2004 wyjeżdża do Azji południowo-wschodniej na Borneo, gdzie zdobywa Kinabalu 4095 mnpm a w lipcu tego samego roku uczestniczy w wyprawie na Pik Lenina w Kirgistanie.
Leszek Rybarczyk
Instruktor narciarstwa i miłośnik samochodów terenowych W 1999 roku uczestniczył w samochodowej wyprawie do Maroka, w 2000 roku był Bangladeszu i Nepalu gdzie wspinał się na sześciotysięczne szczyty. W 2001 roku odbył rowerową podróż po Gwinei. Na początku 2004 roku podróżuje do Azji południowo - wschodniej, odwiedza Hong-Kong, Macau, Wietnam i Kambodżę. Przełom 2004/2005 spędza w Afryce podróżując przez Maroko, Mauretanię, Mali, Burkina Faso, Togo i Ghanę.
Izabella Sapuła
Psycholog, zafascynowany górami i Ameryką Południową. W podróąach wiernie towarzyszy fotograficzna pasja. Swą przygodę w górach wysokich rozpoczyna w 2002 roku na Kaukazie od zdobycia najwyższego szczytu Europy, Elbrusa 5642 m npm. Jeszcze w tym samym roku bierze udział w wyprawie do Ekwadoru, gdzie zdobywa Cotopaxi 5897 mnpm.
W czerwiecu 2003 bierze udział w wyprawie na Alpamayo 5947 m npm w Cordyliera Blanca w Peru, w lipicu zdobywa 2 Chimborazo (6310 m npm) w Ekwadorze. Rok 2004 to wyprawa na Pik Lenina w Kirgistanie.
|
|
|
|
|
| |
|
|
 |
 |
 |
|
 |
 |
|
| |
|